28.08.2008 :: 01:01
Komentarzy: (8)
Pierwsza osoba liczby pojedynczej. I jeszcze sobie zwizualizuj.
Wychodzi się z domu, w celu konkretnym, leci się tam gdzie ma się lecieć, załóżmy do sklepu po siedem paczek serpentyn i tuńczyka w puszce, wszystko jedno. I szuka się tych serpentyn w super-samie spożywczym, wie się dobrze, że były, zawsze się tam kupuje, pamięta się, dział mięsny, obok sera edamskiego, muszą je trzymać w lodówce inaczej się zsiadają. I szuka się, a ich nie ma. Wędruje się po całym sklepie, tam i z powrotem, a nagle przed sobą, bardzo blisko, że można się potknąć, wyłaniający się zza puszek z, powiedzmy, groszkiem, zauważa się jakiś boski samochód, taki który zawsze chciało się mieć, wszystko jedno, no powiedzmy jakaś zajebista mazda, o której się śniło, że się jedzie. I się rzuca tego tuńczyka w cholerę i nie zważając na nic wsiada się do środka, za kierownicą się siada i się odpala silnik. Chociaż ten samochód jest pewnie tak zajebisty, że silnik włącza się przyciskiem, albo odciskiem. Linii papilarnych. Nieważne, nieważne. Włącza się silnik i wyjeżdża ze sklepu, z nadzieją, że się może znajdzie gdzieś po drodze te serpentyny. A kierując się do wyjścia można by przejechać po regałach, zdemolować alejki, bo dlaczego nie. Właśnie. Nie, bo nie, jakoś nie, jedzie się dokładnie wytyczonymi dróżkami, ze strzałkami w kierunku wyjścia jak w Ikei. I myśli się, tłukąc pięścią w kierownicę, dlaczego nie po regałach, dlaczego nie. Ale myśleć tylko można i tłuc, bo jedzie się dalej tak samo. I nawet szyby wystawowej się nie roztrzaskuje w drobny mak tylko się gładko wyjeżdża przez rozsuwane drzwi. I jest się na ulicy i się jedzie. A jak się spojrzy, to na brzegach jezdni pojawiają się takie rzeczy, których się nigdy jeszcze nie widziało. Powiedzmy jakieś fluktuacyje przestrzeni w ośmiu kolorach tęczy, pachnące. I mija się przecznice znaczeń, dzielnice tematów, jak taksówką w Nowym Jorku albo w Tokio (parę filmów, kilka scen przychodzi do głowy). Wszystko takie inne i nowe, niespodziane, ale wreszcie się zauważa, że droga ta sama. Że za każdym razem jak się wyrusza, bo wyrusza się często, jedzie się tak samo. Jakby pod kontrolą autopilota. W prawo, w prawo, w lewo, prosto, prosto, światła, stop. I zauważa się też, ze nie ma innej możliwości, że nie da się pojechać gdzieś indziej, w inną, niż zawsze, stronę. Zawrócić można, ale tylko tą samą trasą, po nitce Ariadny (ach, och, kontekst mitologiczny). Tak więc, w przód albo w tył, nigdy na boki. Wreszcie dociera się do takich rozdroży, takich jak w ‘Poza prawem’ Jarmuscha, właśnie takich. Się widzi dwie drogi w dwie strony, którekolwiek byle przeciwne i już się wie, że serpentyny znajdzie się od razu, jak tylko się wybierze drogę w, powiedzmy, lewo. I wybiera się drogę w prawo. Bo autopilot, bo tak zawsze, bo nie da się inaczej. I leci się w kółko jeszcze raz. I jeszcze raz. Chyba, że się zrezygnuje i wysiądzie. Tylko, że te serpentyny były szalenie potrzebne.
Właśnie dlatego potrzebuję niezwłocznie umysłu wymiennego. Z nowymi trasami, których nie znam. Ogłaszam casting.
W tle:
Howling Bells - Howling Bells
Bon Iver - For Emma Forever Ago
11.08.2008 :: 14:42
Komentarzy: (1)
Pod moim oknem, na osiedlowym placu zabaw bawi się mały chłopiec w koszulce z Jamesem Deanem. Krzyczy, że już nie chce grać w berka ze znikaniem, bo jak się znika to nic nie trzeba robić i jest za łatwo.
W tle:
STING – Brand New Day
06.07.2008 :: 01:32
Komentarzy: (2)
Krakowskie small hours of the morning.
Jeśli chcesz to ci opowiem, jak kiedyś na Rynku było pusto. W środku tygodnia, była jakaś czwarta nad ranem, wiesz, tak chociażby jak śpiewali ci z SDMu, ale wcale nie chciało się spać. No i przeszliśmy ze Stolarskiej takim pasażem na Rynek, a tam nie było nikogo. Pewnie sobie myślisz, że nikogo to znaczy paru ludzi, wracających krokiem chwiejnym do domu po zamknięciu jakiegoś klubu, kilku pijaków, może policjanci, ale nie. Nic, tylko zupełna pustka i cisza nieskrępowane wcale naszą obecnością. NIKOGO. Nawet gołębi, bo te gadziny podobno też w nocy śpią. Nikt nie siedział na Mistrzu Adamie, nikt z nikim nie spotykał się pod empikiem, nikt nie stał w kolejce do makdonalda, nikt nie czekał na hejnał i nikt nie robił zdjęć z dorożek, ani dorożkom i nikt nie sprzedawał ani nie kupował bajgli tudzież precelków. No mówię ci, pusto. Tak bardzo pusto, że słyszalny był szept, kroki, a głośniejsze dźwięki odbijały się echem od kamienic, tak spokojnie, że czuło się oddech miasta. Tak, chyba to właśnie. Nie możesz sobie tego wyobrazić patrząc teraz na te tłumy ludzi wszelkiego rodzaju, co? Przekrzykując multijęzkowy hałas. Nie, nie da się. Wiem, mówią, że miasto nie śpi. No nie śpi, ale ma momenty drzemki, wyciszenia jakiegoś, kiedy czas się zatrzymuje, udaje, że go nie ma, kiedy daje więcej swobody, przestrzeni i w tę przestrzeń możesz sobie wpakować co chcesz. A jak siebie samego wpakujesz, delikatnie wkleisz, ostrożnie, tak żeby ciszy nie krępować, czasu nie budzić, to jest tak jakoś niesamowicie, wiesz.
W tle:
Pat Metheny & Charlie Haden 'Beyond the Missouri Sky'