Było pięknie!


Piątek
Wstałam po dwóch godzinach nerwowego pół-snu i zaczęła się opowieść o wyprawie na Majorkę. Nie trzeba było czekać długo na transport na lotnisko, chociaż z tutejszymi nocnymi autobusami to nigdy nic nie wiadomo i czasem można stać na przystanku godzinę. Nie wiem jak, ale udało nam się spotkać z dwójką Francuzów – Lindą i Nicolasem oraz Finką – Leeą, którzy z nami lecieli. Słabe parametry logicznego myślenia nie przeszkodziły w sprawnym dostaniu się na samolot, w końcu nie byłam sama. Ryanair rządzi, polskie Stewardessy, całkiem ładne, podobno to norma. Wszyscy posnęli, ale jakoś ja nie mogłam dospać chociaż przez tę godzinę, gapiłam się przez okno. Mieliśmy opóźnienie, wylecieliśmy 20 min po czasie, ale i tak w Palmie byliśmy na czas. Nie wiem jak to się stało, nie sądziłam, że pilot może tak przycisnąć. Więc w sumie lecieliśmy 40 min.
Nie znam się na lotniskach, ale to w Palmie jest bardzo fajnie zorganizowane. Wszystko wiadomo, informacja, plus logika jakaś tych terminali.. Pasowało mi to. No a poza tym robi wrażenie wielkością, choć nie przytłacza i jest przyjaźnie. Trzeba było się rozdzielić, bo nasi zagraniczni koledzy jechali poza miasto, na tereny niemieckie do hotelu, a my do goszczących nas dwóch Bułgarek z Erasmusa, które mieszkały w centrum. Plan był taki, i nie ukrywam, że sama go opracowałam, że o 10:10 lub o 10:50 mamy zabytkową kolejką à la ‘Orient Express’ A.Christie jechać do Soller na pn-zach od Palmy. To było prawie oczywiste, że Francuzi i Finka nie zdążą, bo właściwie nie mieli nawet zarezerwowanego tego hotelu i musieli szukać. Poza tym nie do końca było jasne czy chcą z nami jechać i zwiedzać-zwiedzać, czy nie, kusił ich basen hotelowy i te sprawy. Natomiast Zofia, Natalia i ja bez problemu znalazłyśmy mieszkanie, obudziłyśmy odsypiające imprezę Bułgarki, zostawiłyśmy rzeczy i o 10 byłyśmy już na zabytkowej stacji zabytkowego pociągu. A raczej może stuletniej kolejki wąskotorowej, bo tak było napisane w przewodniku. To była najdroższa wycieczka całego pobytu, bo bilet w jedną stronę kosztował 10€ i nie dawali zniżek studenckich. Zdążyłyśmy kupić coś na drugie śniadanie, tudzież lancz plus kilo truskawek, Leea zadzwoniła, że ona nie zdąży, a oni nie chcą jechać, więc o 10:50 ruszyłyśmy we trzy do Soller. Pociąg buczał, huczał i stukał zabytkowo po zabytkowych torach, co ubarwiało jeszcze podziwianie krajobrazów po obydwu stronach. Najpierw lepiej było siedzieć przy lewych oknach, potem po prawych. Bez tłumów, ale i tak samo Niemcy strzelali foty co trzy sekundy. Krajobrazy – pierwsze moje majorkańskie - od razu zrobiły wrażenie, okolica wydawała się taka bardzo.. miła. Taka, że można byłoby się zatrzymać gdziekolwiek i byłoby dobrze. Parę razy przejeżdżaliśmy przez tunele, jeden długi długi, gdzie oczy się zdążyły nawet przyzwyczaić do ciemności i potem świat raził. Był też po drodze zabytkowy wiadukt, na którym stukot kół rezonował strasznie groźnie, ale nic się nie stało. Droga do Soller trwała godzinę. Wysiedliśmy na dość uroczej stacyjce, a w jej budynku znalazłam darmową wystawę paru prac Miro – grafiki o tematyce .. morskiej.. i dwie salki z ceramiką Picassa. Lubię tę jego śmieszną ceramikę, już w barcelońskim muzeum zwróciłam na nią uwagę. Najlepszy w Soller był talerz z corridą.
Okazało się, że Leea się zebrała i dotarła do Soller zwykłym autobusem, więc spotkałyśmy się na ‘głównym’ placu. Dzieciaki z tubylczej szkoły miały tam chyba wf, koło fontanny, pod barokową katedrą (nienajciekawszą, szczególnie w środku, ale prezentowała się całkiem nieźle w otoczeniu). Chciały, żeby robić im zdjęcia jak się ślizgają po kamiennej posadzce, więc grzałyśmy się w pełnym słońcu, Natalia spoufalała się najbardziej z dziećmi i robiła im zdjęcia. O Leei nie ma co mówić, dziwaczna jest, zjeździła cały świat, a nie wie jak się zachować na lotnisku, ma 27 lat, a właściwie niewiele tematów można z nią poruszyć, nie bardzo się czymkolwiek interesuje.. po prostu z nami łaziła i przytakiwała na wszystkie moje pomysły dotyczące wycieczki. No i nie ukrywam, że się z niej od czasu do czasu nabijałyśmy jak robiła zdjęcia wszystkiemu i to po dziesięć klatek. Taka trochę żena, ale nic to. Z Soller ruszyłyśmy do Port de Soller, 5 lub 6 km na północ, zwykłą drogą, najpierw przez miasteczko, a potem wzdłuż głównej drogi. Słońce, nie upalnie, ale super pogoda, przesuwające się za domkami wzgórza, różowe i żółte kwiaty na drzewach.. Ja parłam do przodu swoim tempem, a one z tyłu z aparatami. Nie ukrywam, że Leea trochę opóźniała, ale nieważne, co kilkanaście minut siadałam gdzieś, napawałam się widokami i powietrzem (powietrze na tej wyspie pachnie! Inaczej niż w Barcy, w której śmierdzi zawsze. Majorka pachnie rześko!) i czekałam na nie. Po drodze napotkałam fabrykę ceramiki, taką przydomową, tzm podwórko wypełnione po brzegi wyrobami ceramicznymi w różnym stadium. Chropowate, niewypalone, wypalone, pomalowane… A między tym wszystkim stała klatka z zaczepiająca ludzi papugą i obok koszyk z bezrasową suką i jej kilkudniowymi młodymi. Trochę to wszystko wyglądało nierealnie.. Zrobiłam parę zdjęć i kupiłam kawałek ceramiki na pamiątkę od pani, która jak przyszła to zdziwiła się, że ktoś przyszedł. Ceramika rządzi. I te kolory! Dotarłyśmy wreszcie do Port do Soller, oczywiście, jak w Cadaques na przykład, przy plaży pozasezonowe roboty drogowe, ale było morze! Majorkańskie Śródziemnomorze.. Urokliwa zatoka z latarnią morską na prawym końcu i hotelami na lewym. Pomoczyłam trochę nogi, dziewczęta zrobiły sobie sesję zdjęciową jak moczą nogi, ja kupiłam orzeszki, położyłam się na piachu i nie mogłam się nadziwić gdzie jestem. Paru szalonych niemieckich (najpewniej) turystów już się opalało pokazując swoje brzydkie ciała to tu to tam, które wchodziły w kadr zdjęć. Godzinna sjesta na plaży udała się, choć ja sama nie mogłam zasnąć, w przeciwieństwie na przykład do Zofii, która odpadła w 5 min. Myślę, że przez cały ten wyjazd mój organizm nie mógł wyjść z szoku i nie pozwalał spać normalnie, ani nie czuł głodu, czy zimna czy gorąca czy zmęczenia (oprócz bólu stóp jednak). No fizjologia dała spokój na ten czas. Zadziwiające.. Chciałam pójść ‘do latarni morskiej’, ale niestety trzeba było iść na autobus do Valdemosy (po katalońsku piszą Valldemossa, żeby tylko się wyróżnić, ale to bez sensu), bo na kolejny musiałybyśmy czekać półtorej godziny, a nie o to chodziło. Trasa, która jechał też była bardzo malownicza, mimo, że powietrze nie było zbyt przejrzyste. Chociaż i tak wszyscy tubylcy mówili, że mamy niesamowite szczęście do pogody prawie letniej, co się w kwietniu rzadko zdarza. Jechaliśmy wzdłuż wybrzeża, ze skałami i morzem po prawej, a odrzewionymi wzgórzami po prawej. Pomiędzy rosły miasteczka, np. Deia – na zboczu, w zboczu, między drzewkami. Obrazki jak z pocztówej, filmów i Google-grafika :) O 18 dotarłyśmy do Valdemosy, klasztor Kartuzów, gdzie mieszkali Sand i Chopin był niestety już zamknięty, Zofia była wręcz zdenerwowana i naburmuszona, że wywiozłam ją gdzieś, gdzie główna turystyczna atrakcja jest wątpliwa i nie działa. Ale ja szczerze mówiąc nie wierzyłam ani nie miałam parcia na wejście tam i oglądanie zabytkowych kosmyków włosów. Zapowiedziałam więc, że połazimy sobie zatem po Valdemosie, zobaczymy jak się prezentuje. I w tym popołudniowym, zachodzącym słońcu Valdemosa nas zachwyciła. Mnie zachwyciła! Co to są za miejsca… Spacerowałam po dziwnych zaułkach, po uliczkach, które wydawały się ‘głównymi’, po placykach i podwórkach, koło klasztoru, wzdłuż murów nad doliną i… wszystko było jakby opuszczone. Jakby całe miasto spało (może dlatego rozmawiałyśmy ze sobą pół-szeptem, nie wiadomo), albo było opuszczone tak na chwilę, żeby tylko zrobić na mnie takie wrażenie. ‘Miasto’ to zresztą za dużo powiedziane, bo Valdemosa ma jakieś 2 tys. mieszkańców, a i to pewnie w sezonie. Wszystko było jakby miniaturowe, ale bez przesady, wszystko było takie.. takie specyficzne, ale czułam się tam jakbym już tam kiedyś była, albo czytała o takim miejscu i nagle ono się pojawiło. Tylko na ten dzień, a potem miało zniknąć. Natknęłyśmy się na starszego pana, zadziwił się, że ktoś łazi po jego dzielni, zapytał co tam, skąd jesteśmy itd., Natalia wspomniała, że chciałaby tu spróbować cytryny takiej z drzewa, albo pomarańczy. Więc dziadek poszedł do swojego ogródka, zerwał, pobłogosławił i dał jej. Tzn. dał Zosi, ale to szczegół, może niedowidział. Możnaby tak chodzić bez celu, gubić się, właściwie być permanentnie zagubionym wśród tych uliczek i czuć się fantastycznie spokojnie.. Właściwie głównymi rezydentami Valdemosy były koty, puszyste, duże, przyjazne, podchodziły, pozwalały się głaskać, ale wiadomo było, że to ich teren i gości przyjmują tylko na chwilę. Valdemosa jak z Schulza – nie istnieje, nawet mieszkańcy nie wiedzą gdzie prowadzi każda ulica, pojawiają się nowe, znikają stare, kwiatki w doniczkach na zewnętrznych ścianach domów zamieniają się miejscami, miasto jest osobnym piaskowym stworzeniem. Niedaleko (choć tam wszędzie jest niedaleko) kościoła stoi cukiernia z wyrobami regionalnymi, pewnie ta sama pani sprzedawała mleko migdałowe Chopinowi, tak myślę. Mleko migdałowe to taki szejk z mleka, zmielonych na proszek migdałów i pokruszonego lodu. Jest gęste, bardzo słodkie i pyszne! Ponadto kupiłam pierogowo wyglądający wyrób cukierniczy z konfiturami i to był mega podwieczorek na jakichś kamiennych schodach przy ‘głównym placyku’ Valdemosy :) Słońce dawało murom pomarańczową poświatę i dziwacznie przeświecało przez krzaki w ogrodzie zakonników, wydawało mi się, że gdyby nie przyjechał nasz autobus do Palmy o 20:45 to Valdemosa by zniknęła w zimnym piachu i zapadła się we wzgórze. Bo zrobiło się naprawdę zimno. Ale autobus przyjechał i dopiero w drodze powrotnej do Palmy poczułam zmęczenie całego dnia, który zaczął się o 3 nad ranem. To był jeden z najbardziej niesamowitych dni ever. Pod względem wrażeń, mocy i liczby momentów, których doświadczyłam i miejsc w których byłam. Takie mocne uderzenie na pierwszy dzień pobytu. Wieczorem udałyśmy się jeszcze do baru na piwo i tapas z naszymi francuskimi znajomymi, którzy przespali, albo przesiedzieli na basenie cały dzień. Ostatnia impresja z piątku była taka, że Palma – stolica wyspy, największe miasto, turyści, kluby, plaże, kwintesencja Majorki – poza sezonem w weekendowe wieczory jest… pusta. Pusta i cicha. Nie strasznie cicha tylko spokojnie cicha. Po mojemu cicha. W ogóle piątek zapowiadał, że ta wyspa to będzie miejsce po mojemu. Nie wiem jak jest w sezonie, ale poza jest.. po mojemu.
!!!

Sobota
Na dużym dmuchanym materacu u Bułgarek było nam we trójkę (!) całkiem wygodnie, ale mój organizm postanowił się nie wysypiać, a nawet prawie nie spać. Co godzinę się budziłam, bardzo nerwowo, no i nie udało nam się wstać w miarę wcześnie, żeby, tak jak planowaliśmy tym razem z naszymi znajomymi i Bułgarkami, wynająć samochód i pojechać na drugi koniec wyspy – na północ. Po jakichś dziwnych telefonach, umawianiu się, niedogadywaniu itp. Pojechałyśmy z Leeą i Bułgarkami do dzielnicy niemieckich hoteli, bo tam Linda i Nicolas znaleźli tanią wypożyczalnię samochodów. Wynajęli jeden, bo tylko Nicolas miał przy sobie prawo jazdy, więc my, tzn. Zosia, miałyśmy wziąć drugi. Byłyśmy tam mniej więcej o drugiej, zaczynało się apogeum upalnego dnia, a do tego sjesta (którą oni tu zresztą nazywają jakoś zupełnie inaczej) i sklepy, zakłady i wypożyczalnie samochodów się zamknęły. Straszna kicha, ale po negocjacjach i rozważaniu różnych możliwości doszłyśmy we trzy do wniosku, że bez sensu już tracić więcej czasu i niech oni wszyscy sobie biorą ten samochód, ruszają na właściwie zorganizowaną przez nas wycieczkę, a my sobie pojedziemy do centrum miasta, na głównym dworcu wszystkiego znajdziemy najbliższy autobus tam i z powrotem w jakieś, być może ciekawe miejsce i popołudnie spędzimy gdzieś. Niestety okazało się, że w sobotę autobusy powrotne do Palmy przyjeżdżały bardzo wczesnym wieczorem i nie opłacałoby nam się na godzinę w ogóle wyruszać. Postanowiłyśmy więc zostać w Palmie, zaproponowałam zobaczenie zamku-twierdzy Bellver, która wznosi się wzgórzu na obrzeżach miasta. Zawiózł nas tam zwykły miejski autobus, a potem spacerem po kamiennych schodach przez zalesione wzgórze miałyśmy dotrzeć do wejścia. Po drodze natknęłyśmy się na .. polską restaurację w której podawano ‘Cisto’ Truskawkowe, Sernik itp., tak przynajmniej wynikało z umieszczonych przed drzwiami tabliczek. Był szał, nie omieszkałyśmy zrobić zdjęć z flagą (!) i zajrzeć do środka. Niestety polskość nie przyciągała, w środku pustki, a para właścicieli siedziała przed dużym plazmowym TV oglądając jakiś serial na TVNie. Trochę żena, poza ciastami sprzedawali też ‘Pomysł na..’ i gorące kubki. Wcale nie byli przyjemni, ale z grzeczności zapytałyśmy o coś tam i wyszłyśmy. Schody na zamek nie były mega strome i męczące, zaraz przed bramą zamku zjadłyśmy podwieczorek złożony w moim przypadku z bułki i serka popijanych jogurtem. Wstęp 1€ ze zniżką dla studentów. Budowla mi się podobała, dobrze odrestaurowana, paru zwiedzających, piękna pogoda. Fajne wrażenie robi z zewnątrz i od środka przez to, że plan ma okrągły, w środku dziedziniec ze studnią otoczony krużgankami, komnaty dość puste, w niektórych stały jakieś samotne krzesła królewskie, inne były przechowalnią dla kawałków post-rzymskich rzeźb, z których niektóre podobały się bardziej, niektóre mniej. No i trzy piętra, ostatnie na.. dachu? I widok na Palmę, na Majorkę, na Śródziemnomorze.. Właściwie można byłoby spędzić tam cały dzień w tych kamieniach, zrobić piknik, raz patrzeć na miasto, raz na góry, potem w morski horyzont, bez nudy. Chciałyśmy jednak jeszcze po zmroku połazić po centrum Palmy, przy Katedrze, więc zeszłyśmy na dół, nad morze inną trasą po drodze spotykając… polski Market. To nie była najprzyjemniejsza dzielnica Palmy, a wręcz podejrzana dzielnica. Ale wpadłyśmy tam podjadane z wielkimi planami na kupienie czegoś polskiego. Ja uraczyłam się Prince Polo (…) a dziewczęta chyba Grześkami.. No i oczywiście za dwie minuty wróciłyśmy uświadamiając sobie, że nie kupiłyśmy najważniejszego, czyli polskiego piwa. Zofia z Natalią Warkę Strong, a ja patriarchalnie Żywca. Szybkim krokiem, żeby piwo się nie ogrzało ruszyłyśmy w stronę plaży, to był długi, długi marsz obok portu, hoteli i klubów na Paseo Maritim. Dotarłyśmy na taki duży skwer z morzem po jednej i zabudowaniami katedralnymi po drugiej stronie, siadłyśmy bez obciachu na trawie i delektowałyśmy się polskimi przysmakami rozprawiając o życiu, śmierci i Majorce. Po zachodzie słońca udałyśmy się pod Katedrę. Przepięknie się prezentuje, cała oświetlona z zaułkami, murem pod którym zorganizowano dawno dawno temu pasaż-ogród w arabskim stylu, z jeziorkiem i łabędziami.. No ale jednak oświetlenie robi swoje i monumentalnośc tych budowli mnie zachwyciła. Nie dziwię się wcale, że Katedra w Palmie jest takim sławnym punktem na mapie architektury sakralnej Europy. Spacery spacery, sobotni wieczór w stolicy Majorki, stare miasto, wąskie uliczki i… znów pusto. Sobotni wieczór! Zadziwiająco pusto, żywego ducha na niektórych ulicach.. Po jakimś czasie usiadłyśmy w zupełnie nie popularnym barze gdzieś wśród kamienic, w którym spotkałyśmy tylko właścicielkę, jej dwóch synów i jednego starego, stałego klienta. Zamówiłyśmy trzy cañe (lane piwo 0,33) i talerz marisco (owoce morza). Wszystko kosztowało 10€, czyli dość tanio, a talerz mariskosów okazał się całkiem niezły, tylko kalmary były trochę niedosmażone. Jacyś murzyni – sprzedawcy okularów coś tam chcieli ugrać, ale im się nie udało, nasi znajomi skontaktowali się, że wrócili i że być może udamy się razem na jakąś imprezę. Być w Palma de Mallorca i nie pójść na imprezę? Nie mogło tak być, nawet jeśli żadna z nas nie miała jakiejś mega ochoty. Niestety. Wróciłyśmy do Bułgarek aby się przebrać, ale okazało się, że Finka idzie spać, a Francuzom nie chce się ruszać z okolicy hotelowej więc, po paru zgrzytach dotyczących uzależniania się od jakichś ludzi, którzy tak naprawdę nie są z nami na tym wyjeździe i mojego wobec tego sprzeciwu wreszcie nie poszłyśmy nigdzie, tylko pogadałyśmy trochę z Bułgarkami i ich jakimiś znajomymi, którzy się napatoczyli w mieszkaniu (w tym jedną STRASZNĄ Polką, która nie przestawała mówić bardzo głośno ze śląskim zaśpiewem) i nie tak znów późno poszłyśmy spać z dokładnym planem na niedzielę. Chciałyśmy koniecznie zobaczyć ten Cap de Formentor, żadne rezygnowanie z planów, skoro już pół soboty z nich wypadło.
Palma nocą daje radę, cały czas czułam się tam jakbym była prawie u siebie, naprawdę jakbym nie do Barcelony pojechała na pół roku, ale tam.

Niedziela
Już o 9:30 zaspana wsiadłam z dziewczętami do autobusu w kierunku północnym, do Port de Pollenca, tzn. na start Przylądka Formentor, najbardziej północnego punktu wyspy z punktami widokowymi i parczkami naturalnymi. Śniadanie w drodze – pierogopodobny wyrób cukierniczy plus jogurt i Knopers, za oknami góry z lewej, równina z prawej strony, dziewczęta się pospały, ale jak już mówiłam mój organizm zatrzymał fizjologię i nie chciał spać ani trochę. Mijaliśmy zwykłe, z perspektywy autobusu, miasteczka takie jak Inca (nie mam pojęcia skąd ta nazwa) i jej fabrykę skóry i butów, oraz Pollencę, bliżej morza, podobno też ciekawe miejsce, ale nie było na nie czasu.. W nadmorskim Port de Pollenca wysiadłyśmy trochę oszołomione po godzinnej trasie, nie było właściwie konkretnych planów co do spacerów po tamtym wybrzeżu, wszystko zależało od transportu, a to była przecież niedziela. Usiadłyśmy przy kawie na tarasie jakiejś knajpy, na którym stała klatka z czarnym ptakiem wielkości sroki, który gadał do nas głosem lektorki na dworcu kolejowym ‘Hola!’ i ‘Hello!’. Natalia próbowała nawiązać z nim bogatszą konwersację, ale nie udało się bo zwierzę zaczęło wyć jak syrena strażacka. Pan właściciel zainteresował się czterema dziewczętami (Leea znów towarzyszyła), które chcą zwiedzać jego okolice w niedzielę na początku kwietnia. Udzielił nam paru informacji, według niego (co potem się sprawdziło) żadnym publicznym środkiem transportu na Cap się nie dostaniemy. Podobno w sezonie pływa tam barka, ale to nie miało znaczenia. Polecił jednak dwa malownicze miejsca: Cala Boquer i Cala St. Vincenc – zatoczki do których można było przespacerować się właśnie z portowego miasteczka. Koło 13 ruszyłyśmy w stronę tego pierwszego punktu, który miał być miłą naturalną zatoczką, bla bla, ale byłyśmy dość zdeterminowane, żeby dostać się jakoś na Cap de F. bo to nawet w polskim biurach podróży jest obowiązkową wycieczką na Majorce i to był nasz cel! A zatem spontanicznie zaczęłyśmy łapać stopa. We cztery, w niedzielę, na drodze, która jest właściwie lokalną, było to dość zaskakujące dla kierowców, a dla nas zabawne, no już a dla Leei to była przygoda nie do ogarnięcia, pierwszy raz słyszałam jak się tak szczerze śmiała i w ogóle okazywała entuzjazm. I w tak trudnych warunkach udało się! Zatrzymał się koleś w ciemnoturkusowym Renault, widać od razu że ‘dżolo’, który lubi wozić się swoim zadbanym autem i szpanować, ale dobrze mu zza okularów słonecznych patrzyło, więc zaskoczone wsiadłyśmy. Leea umarła z emocji, doprawdy. Okazało się, że kolega (lat ok. 30) ma na imię Beni, pochodzi z Rumunii, mieszka 10 lat na Majorce, pracuje przy projektowaniu jakichś kamiennych rzeczy, marmury te sprawy. Rozmawialiśmy po hiszpańsku i po raz kolejny potwierdzam hipotezę, że z ‘nierodowitymi’ ludźmi rozmawia się o wiele swobodniej w tym języku. Nie dość, że obie strony starają się zrozumieć to jeszcze mówią wyraźniej i zasób słów jest ograniczony, jest łatwiej i bez obciachu. A zatem nasz nowy znajomy spędzał właśnie tak niedzielę, że wybierał się swoim samochodem na przejażdżki po okolicy, np. na Cap de Formentor, żeby kontemplować życie i krajobrazy Majorki i akurat w tę niedzielę trafił na nas. Może nie znam się na ludziach jakoś szczególnie, ale on naprawdę robił wrażenie człowieka całkiem w porządku. Wolnego strzelca, ale w porządku. Pojechaliśmy na dalszy punkt widokowy (nieturystyczny), samochód musiał zostać trochę niżej, a na czubek któregoś ze wzgórz wyjść trzeba było po kamiennych schodach mijając po drodze stare opuszczone zabudowania, o których nasz kolega coś mówił, że to była dawno temu stacja badawcza jakichś naukowców botanicznych. Nie wiem czy dobrze zrozumiałam i czy w to wierzyć, bo wyglądało raczej jak jakaś stacja graniczna, na czubku wieża strażnicza czy coś w tym stylu. Kiedy jechaliśmy (w rytm najnowszych kawałków dyskotekowych nadawanych przez Bluetooth z jego iPhone’a do odtwarzacza samochodowego) widać było ludzi spinających się na tę wieżyczkę i śmialiśmy się z nich, że nic nie jest przeszkodą w parciu na szczyt. A jak już doszliśmy do niej sami, to Beni zaczął na nią wyłazić. Nie było to wysoko, choć trochę straszno po wystających ze ściany prętach i w sumie z dołu też było widać dookoła niesamowicie, ale co tam. Leea została na dole tłumacząc się spódnicą, ale to dobrze, bo pilnowała rzeczy, a nasza trójka, plus rumuńsko-majorkański przewodnik wydrapaliśmy się na górę. Jestem wysportowana, jestem fit, wyszłam bez pomocy i zeszłam zresztą też. Boże. Jak rozejrzałam się dookoła.. Wszystko mi się trzęsło w środku, czułam po prostu w żyłach zdenerwowanie i dziwaczne emocje, pomieszanie zachwytu i zawstydzenia, że to co widzę jest.. no właściwie, że nie jest, że nie powinnam oglądać takich widoków, bo one nie istnieją. To nie był valdemoski spokój, ale takie drżenie niedowierzania. Nie było horyzontu, przez nie do końca przejrzyste powietrze nie było widać granicy między wodą na niebem, a podobno w najczystsze dni można stamtąd dojrzeć wybrzeże Barcelony.. Przylądek ciągnął się jeszcze za tym punktem przez wzgórza, za którymi podobno stała latarnia morska, ale nie mogę tego potwierdzić, nie wierzyłam, że tam cos jeszcze może być. Na wschodzie widać było kilka planów półwyspów i portów, między innymi Alcudię, która wydawała się tuż tuż, a tak naprawdę trzeba by jechać dobry kawałek żeby tam dotrzeć. Wybrzeże milion lat temu jakaś wielka łapa potargała pazurami i teraz w każdej zatoczce jest port i urocze, na swój sposób, miasteczko. W najbliższej Formentorowi widać było turkusowy pasek wody i podobno jeden z najbardziej luksusowych hoteli na Majorce, do którego przyjeżdżają same tuzy z Arabii Saudyjskiej. Pływały żaglówki, wiatr targał włosy, pewnie dobrze im się żeglowało.. Prawda jest taka, że nie mogłam się ogarnąć, nigdy nie widziałam takich krajobrazów, a ja lubię krajobrazy. To było wręcz ponad siły. Beni opowiadał coś o legendzie, która mówi, że któryś ze skrawków półwyspu wygląda jak stający dęba koń i że to koń króla, ale nie wiem który, nie widziałam. Spędziliśmy tam jakieś 40 minut, a ja nadal nie mogę spokojnie pomyśleć, że byłam i widziałam, ot tak. Ale na miejscu oczywiście trzymałam fason i konwersację z naszym przewodnikiem, który zaproponował, że zawiezie nas jeszcze, jeśli chcemy do Cala St. Vincenc, które słynie z najbardziej turkusowych wód na całej wyspie. Zaskoczone takim biegiem zdarzeń zgodziłyśmy się, on utrzymywał, że ma jeszcze dwie godziny do pory obiadowej i że to żaden problem, a nawet przyjemność. Natalia częstowała go od czasu do czasu papierosami, więc nie było tak znów bezinteresownie z jego strony i wykorzystująco z naszej. Leea nie nadążała z robieniem zdjęć podczas jazdy krętymi drogami przylądka. Cala St. Vincenc to mikrozatoczka trochę na zachód od Cap de F. wypełniona po wzgórza domkami bogatych Niemców, którzy przybywają tu grzać się latem, więc teraz było niewielu ludzi. Podobno też pojawiają się tu wysokie fale, ale jest za mało miejsca na surfing, choć dostrzegłam pana stojącego na desce i wiosłującego wiosłem, niespiesznie z jednej strony zatoczki na drugą. Piękna okolica, taka miniaturowa, otwarta na ogromną przestrzeń Śródziemnomorza. Obowiązkowo zamoczyłyśmy stopy w najniebieściejszej, choć teraz trochę farfoclowej wodzie, słońce pięknie się w niej odbijało. Beni czekał aż sobie turystki porobią tyle zdjęć ile trzeba i pozachwycają się. To miejsce było bardzo malownicze, jak na obrazkach znad morza, pocztówkach, filmach o takich miejscach. Też świetne wrażenie, na tą wodę z góry nie można się było napatrzeć, choć po Cap de F. to nie mogło być lepsze. Wróciliśmy stamtąd inną trasą, żeby było ciekawiej, nasz nowy znajomy, dzięki któremu dane nam było zobaczyć to co chciałyśmy, a nawet o wiele więcej i ciekawiej podał nam kontakt do siebie na fejsbuku i zapewnił, że jak będziemy znów na Majorce, możemy się z nim spotkać i gdzieś pojechać, albo pójść na imprezę. Wysadził nas w centrum Port de Pollenca, zaraz przy kawiarni w której siedziałyśmy wcześniej i pojechał. Nie mogłyśmy uwierzyć, ze tak właśnie się to potoczyło. Autostopem przez Galaktykę, naprawdę, galaktyka wrażeń! Zjadłyśmy coś w pizzerii, ja wzięłam kanapkę z jakiegoś ich tradycyjnego chleba, smakowała jak ciabata, ale była bardzo dobra i sycąca. Kupiłam sobie pierścień z niebieskich kamyczków w sklepie orientalnym-handmade, w którym pani była bardziej uduchowiona niż wszystkie panie ze sklepów orientalnych razem wzięte. Całkiem ładny ten pierścień, to był jeden z niewielu, które nie spadały mi z palców. Leea postanowiła kupić sobie bluzkę na pakistańskim stoisku (jednym z pięciu tam) co zajęło jej jakieś pół godziny, które Natalia, Zofia i ja spędziłyśmy na plaży gapiąc się w morze i nie ukrywajmy, nabijając się trochę z Finki. Dziwnie mi było w środku, jakbym widziała za dużo i nie mogła tych obrazków pomieścić w głowie. Szok. Drogę powrotną miałyśmy odbyć autobusem, ale dziewczęta pojdarane autostopem i niedzielnym szczęściem chciały do Palmy też tak wrócić. Było o wiele gorzej ze złapaniem jakiegoś samochodu, ale wreszcie zatrzymał się młody Hiszpan w samochodzie swojej dziewczyny, z Hello Kitty na lusterku i podwiózł nas do Inki, skąd już wsiadłyśmy w pociąg za ok. 2€ do Palmy. Leea pojechała do hotelu, a my gdzieś na ławce na pl. España wtarabuszyłyśmy bułki z jogurtem, kupiłyśmy Bułgarkom w podzięce za gościnę barcelońską Cavę, a sobie wino aby jakoś uczcić te dni i wróciłyśmy do tymczasowego mieszkania.
Por la noche (Nocą) wyszłyśmy z misją imprezową, ale nic to ciekawego, bo okazało się, że klub w Palmie – stolicy klubów Majorki – są albo zamknięte, albo prawie puste, albo z wieczorami panieńskimi i występami transwestytów. Ja czułam się średnio, albo kiepsko, bo przeszkadzało mi ciepło, które wychodziło ze mnie po całym dniu i piekły mnie świeżo opalone po robotniczemu ręce. Natalia i Zofia miały duże parcie na dancefloor, ale i tak po odwiedzeniu trzech czy czterech miejsc postanowiłyśmy wrócić. Nocny spacer z plaży do mieszkania okazał się dłuższy niż przypuszczałam, ale udało się, ok. 3:30 położyłam się, żeby pół-przespać ostatnią noc na Majorce.

Poniedziałek
Ostatni dzień zostawiłam na Palmę. Według Mateusza to za mało i na pewno ma rację, ale niestety czas był zbyt ograniczony, żeby przy ogromie wrażeń majorkańskich poświęcać go więcej na miasto, które trochę już widziałam nocą. Było dość upalnie. W samo południe to znaczy niedługo po przebudzeniu, zebraniu i pożegnaniu z Bułgarkami zjadłyśmy śniadanie z kawą w bardzo miłej kawiarni po drodze na dworzec. Jak będę kiedyś jeszcze w Palmie na pewno tam wpadnę, taka knajpka w moim ulubionym krakowskim stylu. Zofia i Natalia zadecydowały, że nie koniecznie chcą iść do Katedry (co było moim priorytetem), więc udadzą się na plażę, a potem spotkamy się na przystanku autobusowym w drodze na lotnisko. Lot miałyśmy o 17 więc o 15 należało wyjechać z miasta. Poszłam więc do Katedry po drodze mijając mnóstwo sklepów z pamiątkami, wyrobami regionalnymi (chciałam kupić jakieś konfitury, ale bagaż podręczny nie chciał przyjąć większych niż 100ml czyli wszystkich w sklepie) i perłami majorkańskimi. Pierwszy raz zobaczyłam rzeczywiście wielu turystów przechadzających się po staromiejskich uliczkach. Dotarłam do Katedry, weszłam z nabożnym nastawieniem do środka no i nie zawiodłam się. Bardzo lubię sztukę witrażu, naprawdę, zawsze zwracam na witraże dużą uwagę, przemawia do mnie ta forma zdobienia wnętrza szczególnie kościołów. Piękne są witraże w katedrze w Palmie, dwie rozety w absydach z prostymi, geometrycznymi wzorami zachwyciły prostotą i bogactwem zarazem. Kolory! Obeszłam wnętrze ze dwa razy, elementy, które zaprojektował Gaudi owszem zauważyłam, ołtarz z wodnymi motywami był ciekawy, ale nie oszałamiający. Ale Katedra jest monumentalna, cienkie kolumny pozwalają widzieć prawie całe wnętrze z jednego miejsca, zatem usiadłam mniej więcej na środku i przyglądałam się wszystkiemu po kolei. Lubię przesiadywać w budowlach sakralnych i przyglądać się, a tutaj naprawdę.. było na czym zawiesić wzrok. Oczywiście turyści robili wokół zdjęcia i odbierali telefony, ale trudno. Posiedziałam tam z godzinę, gapiąc się w kolorowe rozety i myśląc nie wiadomo o czym. Kiedy nadszedł czas zebrałam się i poszłam na przystanek autobusu w kierunku lotniska. Zdążyłam jeszcze kupić prowiant w postaci najlepszego jakie do tej pory jadłam ciastka z ciasta francuskiego z czarną i białą czekoladą w środku, zwiniętego jak zwój pergaminu i posypanego cukrem pudrem. Nie spodziewałam się, że będzie takie pyszne! Dotarłyśmy z dziewczętami na lotnisko gdzie spotkałyśmy naszych udawanych towarzyszy podróży i po małej rundce po sklepach ‘duty free’, w których i tak nie zostawiłam ani centa zapakowaliśmy się do samolotu i .. wróciliśmy do Barcelony i jej ‘nudnych’ widoków i codzienności. Tak to właśnie było.
Name:

Komentarze: